Sauna fińska
90°C, kamienie z Karelii, drewniany wiader z wodą i poławiacze cienia za oknem.
Sześć drewnianych domków ukrytych w zakolu rzeki, pomiędzy starymi sosnami Borów Tucholskich. Bez recepcji. Bez tłumu. Bez muzyki z głośnika. Tylko ty, ktoś bliski i czternaście hektarów ciszy.
Nie mamy basenu z barem, animatorów ani tablicy z ofertami SPA. Mamy sześć domków ustawionych tak, żeby nie widziały się nawzajem, kuchnię polową przy zakolu rzeki, drewno do kominka złożone obok wejścia i kobietę z piekarni w Tucholi, która piecze nasz chleb od czwartego sezonu.
Glamping to dla nas nie hashtag. To pytanie, co naprawdę zostawić, a co zabrać z domu.
— Hanna & Marek, gospodarzeKażdy domek ma swój las wokół, swoje drewno, swoje rano. Reszta — to my, dwoje ludzi, którzy mieszkamy 600 metrów dalej i przychodzimy tylko wtedy, kiedy jesteśmy potrzebni.
Większość gości pyta o noc. O ciemność, o ciszę, o to, co słychać, kiedy nic nie słychać. Trzy momenty, do których prowadzi nas miejsce — godziny przybliżone, kolejność dowolna.
90°C, kamienie z Karelii, drewniany wiader z wodą i poławiacze cienia za oknem.
Beczka grzana drewnem, 38°C, kieliszek czegoś mocniejszego. Niebo bez zanieczyszczenia świetlnego — w pogodne noce widać Drogę Mleczną.
Wyłączamy światła w dolinie o 23:00. Ciemność klasy 2 wg skali Bortle — najwyższa, jaką można mieć trzy godziny od stolicy.
Pierwsza noc, kiedy moje dzieci usnęły bez ekranu w ręku. Tego nie da się kupić nigdzie indziej.
Wróciłem z weekendu z trzema rzeczami: spokojną głową, zapachem dymu na swetrze i poczuciem, że nie chcę wracać.
Wanna grzana drewnem o północy, październikowe gwiazdy nad głową. Najlepszy prezent, jaki zrobiłam mężowi w tym roku.
Sezon 2026 otwarty od 14 marca. Minimum dwie noce — bo jedna nie wystarcza, żeby się naprawdę odprężyć. Odpowiadamy w ciągu sześciu godzin. Osobiście, nie automatem.